Jerzy Bolesławski to postać, która wymyka się prostym kategoriom. W trudnym okresie lat 80. i 90. potrafił kierować Warszawą z wizją i odwagą, wprowadzając zmiany mimo systemowych ograniczeń. Jego rządy były odpowiedzią na wyzwania transformacji, kiedy miasto, podobnie jak cały kraj, stawało przed koniecznością modernizacji.
Jego kariera polityczna, szczególnie w czasach burzliwych przemian, sprawia, że jest to człowiek o bogatym doświadczeniu i szerokiej perspektywie. Z jednej strony osadzony w realiach PRL-u, z drugiej zaś gotowy podejmować działania, które wykraczały poza schematy ówczesnej władzy. Działanie w takich warunkach wymagało nie tylko politycznego zmysłu, ale także pragmatyzmu i wizji przyszłości.
W rozmowie spróbujemy poznać bliżej nie tylko jego spojrzenie na tamten wyjątkowy okres, ale także zajrzymy za kulisy jego pracy, porozmawiamy o wyzwaniach, z którymi się mierzył, oraz o osobistych doświadczeniach, które go ukształtowały.
Co więcej, zagłębimy się również w historię rodziny, która niewątpliwie miała wpływ na jego życie i decyzje.
Dzieciństwo w cieniu wojny
1940
Jak to się stało, że przyszły prezydent Warszawy przyszedł na świat w Przemyślu?
Moja mama, na początku września 1939 roku, zdecydowała się opuścić Warszawę, kierując się na wschód za moim ojcem, który był oficerem Korpusu Ochrony Pogranicza. W stopniu majora służył w dowództwie KOP w stolicy, ale zaraz po wybuchu wojny został skierowany na wschodnią granicę niedaleko Stanisławowa.
Mama, będąc w ciąży, postanowiła być bliżej niego, co skłoniło ją do tej trudnej podróży. Znalazła się w Przemyślu, gdy 17 września 1939 roku wkroczyły tam wojska radzieckie, co uniemożliwiło jej dalszy ruch – ani na wschód, ani z powrotem do Warszawy. To właśnie tam, w lutym, przyszedłem na świat. Mama wielokrotnie opowiadała mi o dramatycznych okolicznościach, w jakich przyszło jej wtedy żyć –o niepewności, strachu i ciągłym nasłuchiwaniu podjeżdżających nocami samochodów, które zabierały ludzi. Nie wiedziała jeszcze wtedy, że mój ojciec zginął. Zginął pod Stanisławowem, 19 września 1939 roku, niemalże na granicy polsko-radzieckiej.
Do którego roku Pana mama nie wiedziała o śmierci męża?
Mama dowiedziała się o śmierci ojca dopiero w 1945 roku, gdy zgłosili się do niej koledzy ojca, którzy byli świadkami potyczki, w której zginął. Walka miała miejsce o świcie 19 września. Do dziś nie mamy pełnej jasności, kto zaatakował. Były dwie wersje wydarzeń – w jednej mówili, że to byli żołnierze radzieccy, w drugiej, że miejscowi mieszkańcy, którzy nie pałali sympatią do Polaków. W kwietniu 1940 roku doszło do porozumienia między sowietami i Niemcami, w wyniku czego przesunięto linię demarkacyjną. Ci, którzy znajdowali się za Sanem, mogli wówczas wrócić na teren Generalnej Guberni. Mama natychmiast skorzystała z tej okazji i w kwietniu 1940 wróciła do Warszawy.
Jak przynależność ojca do KOP-u rzutowała na losy pana rodziny?
Służba mojego ojca w Korpusie Ochrony Pogranicza (KOP) znacząco wpłynęła na nasze życie. Po zakończeniu wojny władze zaczęły podejrzewać, że ojciec może żyć, co zainicjowało serię przesłuchań mojej matki przez Urząd Bezpieczeństwa, między innymi na Rakowieckiej. Przesłuchiwano także innych ludzi, którzy mogli posiadać jakiekolwiek informacje na jego temat.
Ojciec służył w Korpusie Ochrony Pogranicza, co dla władz komunistycznych miało poważne implikacje. KOP był bowiem formacją, mającą na celu ochronę wschodnich granic Polski i m.in. pełnił rolę kontrwywiadu, nakierowanego głównie na działania przeciw bolszewikom. Po odwilży w 1956 roku te kwestie zaczęły tracić na znaczeniu, ale do tego czasu przynależność ojca do KOP-u znacząco ograniczała moje możliwości, zwłaszcza w kontekście edukacji.
Kiedy chciałem dostać się do Liceum im. Rejtana, dyrektor po przejrzeniu mojego życiorysu, który wskazywał, że mój ojciec był sanacyjnym oficerem, zasugerował, bym wybrał inną szkołę.
W ten sposób trafiłem do liceum świętego Augustyna. Później, gdy pragnąłem studiować lotnictwo na Politechnice – co było pasją od dzieciństwa – profesor Pokrasen, który znał historię mojego ojca, uświadomił mi, że nie mam szans na przyjęcie na ten kierunek. Powiedział mi wprost: „Nie przyjmą cię z takim ojcem."
Wróćmy jeszcze na chwilę do czasów wojny. Czy jako małe dziecko, zdołał Pan w jakikolwiek sposób zarejestrować moment wybuchu Powstania i wydarzenia z nim związane?
Choć miałem wtedy zaledwie kilka lat, pewne obrazy z czasu wojny wciąż są dla mnie żywe. Jednym z wyraźniejszych wspomnień z tamtego czasu jest sytuacja, kiedy ogłoszono alarm. Poszliśmy wtedy do piwnicy. To był moment pełen napięcia, a ja dopiero po latach zdałem sobie sprawę, że mogło to być w maju 1943 roku, gdy lotnictwo radzieckie dokonało nalotu na Warszawę. Celem bombardowań były głównie dzielnice takie jak Mokotów czy osiedle willowe przy parku Sue Rider na Ochocie.
Pamiętam także, że niedaleko naszego domu, przy Belwederskiej, stał dom, który podczas tych nalotów został trafiony. Po wojnie przez wiele lat pozostał zniszczony, ze zwisającymi stropami. W lipcu 1944 roku mama na lato wywiozła mnie do Pawłowic pod Warszawą, gdzie mieszkała nasza ciotka.
Kiedy wybuchło Powstanie, byłem w Pawłowicach. Mama próbowała się do nas przedostać, ale dopiero pod koniec września, po przejściu przez Piaseczno, udało jej się dotrzeć pieszo.
Z tamtego czasu pamiętam jeszcze niemieckich żołnierzy, którzy stacjonowali w sąsiednim dworze. Często przychodzili do gospodarstwa ciotki, pili mleko i brali jedzenie. Nosili charakterystyczne kolorowe chustki, żółte. Jednym z nich był Holender. Pewnego dnia na podwórze wpadła grupa Ukraińców na rosłych koniach. Zaczęli rozstawiać ludzi, przyglądając się kobietom. Na szczęście, ten Holender w porę przyjechał i rozwiązał dramatyczną sytuację.
Kiedy wrócił Pan do Warszawy, jaka ona była i jak wyglądała?
Pamiętam, jak jechaliśmy przez Plac Bankowy — wszędzie było pusto, okna wypalone, a z budynków pozostały jedynie mury. Następnie pojechaliśmy na Pragę, bo tam, na ulicy Brzeskiej, mieszkała nasza rodzina od strony Mamy. Przekraczaliśmy Wisłę mostem pontonowym, który znajdował się mniej więcej na wysokości Karowej. W tamtym czasie nie zdawałem sobie sprawy, że to jest most pontonowy, ale pamiętam, jak się kołysał tuż nad wodą, co budziło we mnie strach.
Później, kiedy rozpocząłem naukę w liceum ogólnokształcącym, zacząłem bardziej świadomie eksplorować Warszawę. Był to okres 1953-1954, czyli 8–9 lat po wojnie. Wyraźnie pamiętam ulicę Długą, gdzie ciągle stały wypalone domy. Przechodziło się tam wąwozem, który tworzyły zwaliska gruzów. Choć to było miejsce moich dziecięcych wypraw, w świadomości wciąż odbija się jak symbol zniszczeń, które dotknęły całe miasto.
To musiało być wstrząsające doświadczenie dla młodego chłopca.
Z pewnością. Warszawa była dla mnie miastem pełnym kontrastów – z jednej strony ruiny i zgliszcza, a z drugiej powoli odbudowujące się życie. Te wrażenia ukształtowały moje postrzeganie świata. Zrozumiałem, że miasto to nie tylko budynki, ale przede wszystkim ludzie i ich determinacja do odbudowy. To były doświadczenia, które z pewnością miały znaczenie w moim późniejszym życiu.
Szkoła życia
1953
Gdzie uczęszczał Pan do szkoły?
Tak jak wspominałem wcześniej, po nieskutecznej próbie dostania się do Liceum Rejtana, rozpocząłem naukę w szkole Świętego Augustyna. Szkoła znajdowała się na rogu ulicy Naruszewicza i Alei Niepodległości. To był charakterystyczny, pojedynczy, sześcio- lub siedmiopiętrowy budynek, wyróżniający się na tle okolicy. Uczęszczałem tam w latach 1953-1957. W tamtym czasie wokół budynku nie było prawie nic – jedynie puste pola. Pamiętam, jak patrzyłem na miejsce, gdzie dziś mieści się Polskie Radio, a dalej telewizja – wtedy były tam tereny rolnicze. To sprawiało, że szkoła wydawała się wyizolowana, niemal jak samotny obelisk na pustkowiu.
Liceum Ogólnokształcące pw. św. Augustyna
Źródło: cargocollective.com
Jakie było Pana doświadczenie edukacyjne w Liceum Ogólnokształcącym p.w. św. Augustyna?
Edukacja w tej szkole była na wysokim poziomie, a nauczyciele, mimo że działali w trudnych czasach, starali się zapewnić nam jak najlepsze warunki do nauki i rozwoju. Był to czas, kiedy nawiązywały się trwałe przyjaźnie i kształtowały się charaktery. Wspominam ten okres jako czas intensywnego rozwoju, ale też swego rodzaju izolacji od zewnętrznego świata. Byliśmy otoczeni specyficzną aurą szkoły, która nie do końca współgrała z tym, co działo się poza jej murami. Niemniej jednak, te doświadczenia ukształtowały moją późniejszą ścieżkę życiową, nauczyły wytrwałości i gotowości do radzenia sobie z przeciwnościami. Spotkałem tam nauczycieli, którzy na długo zapadli mi w pamięć. Jedną z nich była Pani Stefania Światłowska, znakomita łacinniczka. To ona zaszczepiła we mnie pasję do starożytnego Rzymu, która trwa do dziś. Był też pan od historii, znany nam jako „Neron” – choć, jak na ironię, nie miał nic wspólnego z wizerunkiem tego cesarza. Był surowy, ale świetnie uczył, potrafił przekazać wiedzę w sposób przystępny i angażujący. Pan Husarek, nauczyciel geografii, to był prawdziwy mistrz opowiadania – każda lekcja była jak festiwal fascynujących historii, łączących geografię, politykę i kulturę. Pani Janina Królikowska, ucząca polskiego, miała dar przekonywania i inspirowania do literackich odkryć.
Co sprawiło, że zdecydował się Pan na Politechnikę, zamiast pójść w kierunku nauk humanistycznych?
Moim marzeniem było studiować lotnictwo. Niestety, z moim „życiorysem” nie było szans na ten kierunek. Musiałem zmienić plany i wybrałem Wydział Mechaniczny-Technologiczny na Politechnice, specjalność odlewnictwo. Chociaż to było zupełnie niezgodne z moimi predyspozycjami, skończyłem studia techniczne rozpocząłem pracę w przemyśle.
Czyli skończył Pan studia na kierunku odlewnictwo i trafił do Huty Warszawa?
Po studiach rozpocząłem pracę w Hucie Warszawa. Najpierw jako stażysta, a później awansowałem na mistrza zmiany na Oddziale Odlewni Staliwa. Początkowo wyobrażałem sobie, że jako magister inżynier będę zajmował bardziej odpowiedzialne stanowisko. Zaskoczyło mnie, że zaczynam od podstaw, ale to była dobra lekcja – poznałem procesy produkcyjne i zasady organizacji pracy od podszewki. Do 1970 roku przeszedłem drogę od mistrza zmianowego do kierownika oddziału.
Jakie doświadczenia wyniósł Pan z tego okresu?
To był bardzo intensywny czas. Spotkałem tam ludzi z różnych środowisk i regionów Polski, którzy mieli niezwykłe, często dramatyczne historie. Na przykład, pracował tam Ukrainiec, o którym mówiono, że był w UPA i miał wyrok śmierci, ale z jakiegoś powodu go nie wykonano. Był też człowiek, który wrócił z sowieckiej niewoli dopiero około 1952 roku. Z perspektywy czasu te opowieści nabierają głębszego sensu – huta była miejscem, gdzie spotykali się ludzie z tak różnymi doświadczeniami życiowymi. Dla mnie była to swoista szkoła życia, gdzie nauczyłem się zarządzać nie tylko procesami produkcyjnymi, ale przede wszystkim ludźmi.
Wspominał Pan o wydarzeniach marcowych z 1968 roku. Jak Pan je pamięta?
W marcu 1968 roku pracowałem jeszcze w Hucie Warszawa, na północnym krańcu miasta. Wydarzenia, które miały miejsce w centrum miasta, wokół Uniwersytetu Warszawskiego, nie docierały do nas bezpośrednio. Oczywiście wiedzieliśmy, co się dzieje, ale byliśmy niejako na obrzeżach tych wydarzeń. W Hucie zorganizowano wtedy wiec poparcia dla polityki partii wobec Żydów, co miało związek z wcześniejszymi wydarzeniami na Bliskim Wschodzie. W 1967 roku miała miejsce Wojna Sześciodniowa, podczas której Izrael odniósł miażdżące zwycięstwo nad Egiptem i Syrią. W Polsce odbiło się to szerokim echem, zwłaszcza że wielu oficerów i działaczy partyjnych miało żydowskie korzenie. Władysław Gomułka i Mieczysław Moczar wykorzystali ten moment, aby rozpętać kampanię antysemicką. W Hucie odbył się tylko jeden wiec, gdzie padały różne hasła, w tym jedno – „Mosiek do Izraela”. To był przykład, jak szybko nastroje antysemickie mogły wymknąć się spod kontroli.
Jakie były konsekwencje tych wydarzeń w Hucie?
Było kilka przypadków usuwania osób z partii. Pamiętam, że usunięto kierownika oddziału Kuźni, pana Mincera, oraz dyrektora do spraw ekonomicznych, pana Glazera. Obaj mieli żydowskie pochodzenie. Głosowanie nad ich wykluczeniem z partii było formalnością, ale w przypadku Glazera wstrzymałem się od głosu.
Jak Pan ocenia te wydarzenia z dzisiejszej perspektywy?
Były jednym z najbardziej haniebnych momentów w historii powojennej Polski. Kampania antysemicka, której celem było wzmocnienie pozycji partii i eliminacja politycznych przeciwników, była głęboko niegodziwa. Niestety, to co się wtedy wydarzyło, miało swoje korzenie w dużo wcześniejszych uprzedzeniach i politycznych rozgrywkach, dlatego znalazło podatny grunt w społeczeństwie. To była gorzka lekcja, której skutki odczuwamy do dziś.
Za kulisami władzy
1972
Jak rozwijała się Pana kariera po zakończeniu pracy w Hucie?
W 1972 roku otrzymałem propozycję pracy w Komitecie Warszawskim PZPR. Początkowo pracowałem na niższych stanowiskach, ale z czasem awansowałem do funkcji sekretarza organizacyjnego. Pracowałem tam do 1986 roku, kiedy zostałem prezydentem Warszawy. To były trudne lata, szczególnie w okresie wydarzeń sierpniowych 1980 roku. Cała Polska była wtedy na granicy wybuchu społecznego. Spodziewaliśmy się interwencji radzieckiej, jeśli nie udałoby się opanować sytuacji. Przecież w Polsce stacjonowało wtedy około 40 tysięcy radzieckich żołnierzy – kilka dywizji rozmieszczonych na Pomorzu i Dolnym Śląsku. W sierpniu 1980 roku, przy naszej wschodniej granicy, stanęło dodatkowych sześć dywizji w pełnej gotowości bojowej, a na zachodzie dywizje NRD. Mówienie dziś, że nie było żadnego zagrożenia, jest fałszem. Trzeba pamiętać w jaki sposób Związek Radziecki stłumił zamieszki w Berlinie 1953 i Budapeszcie 1956, a także Wiosnę Praską 1968. Dziś widzimy to na przykładzie Ukrainy. Rosyjska strategia działania niewiele się zmieniła od czasów zaborów – zawsze gotowi do agresji.
Przez wiele lat był Pan związany ze strukturami PZPR. Jak wyglądały Pana relacje z tą organizacją?
Myślę, że to naturalne pytanie – czy byłem komunistą? Nie, nie byłem i nie jestem. Wstąpiłem do PZPR, bo w tamtych czasach, jeśli ktoś chciał być aktywny, mieć wpływ na to, co się dzieje, była to właściwie jedyna droga. ZSL czy SD były raczej satelitami partii, które nie miały większego znaczenia. Uważam jednak, że PRL przyniósł Polsce ogromne zmiany, szczególnie w kwestii dostępu do edukacji, likwidacji analfabetyzmu, rozwoju wsi czy modernizacji kraju. Można to krytykować, ale nie sposób zaprzeczyć, że to były istotne osiągnięcia.
Kiedy trafiłem do pracy w Komitecie Warszawskim, miałem pewne obawy. Wcześniej słyszałem, że to środowisko pełne jest ludzi o ograniczonych horyzontach, bezkrytycznie oddanych partii. Ku mojemu zaskoczeniu, zetknąłem się tam z osobami bardzo inteligentnymi, otwartymi na dyskusję, krytycznymi wobec sytuacji.
Prezydent przełomu
1986
Stanowisko prezydenta Warszawy i jednocześnie wojewody stołecznego to z pewnością ogromna odpowiedzialność. Jakie były Pana pierwsze wrażenia po objęciu tej funkcji?
Byłem w pełni świadomy, że wkraczam na teren pełen wyzwań. Po reformie administracyjnej z 1975 roku Warszawa stała się nie tylko centrum politycznym, ale również strategicznym punktem całego kraju. Zarządzanie miastem oraz przyległymi gminami, które często były zaniedbane, wymagało przemyślanej strategii i determinacji. To nie były proste sprawy. W wielu miejscach brakowało podstawowej infrastruktury – wody, kanalizacji – co uniemożliwiało rozwój. Jako prezydent
musiałem myśleć perspektywicznie, planując działania, które przyniosą realne efekty i poprawią komfort życia mieszkańców. Zarządzanie taką metropolią wymagało wykraczania poza standardowe ramy – trzeba było stworzyć spójną politykę miejską, która obejmie zarówno potrzeby centralnych dzielnic, jak i peryferii.
Problem z brakiem wody i kanalizacji to jedno, ale jak poradził Pan sobie z wyzwaniami wewnątrz samej Warszawy?
Rzeczywiście, pełnienie funkcji prezydenta w tak trudnym okresie było niczym zarządzanie przedsiębiorstwem, które boryka się z licznymi awariami. Centralizm gospodarczy sprawiał, że każda, nawet najmniejsza decyzja, miała olbrzymi wpływ na codzienne życie mieszkańców. Pamiętam szczególnie okres przygotowań do świąt – dbanie o to, aby na półkach nie zabrakło chleba, stało się symbolem wyzwań, z jakimi musieliśmy się zmierzyć. Codziennie stawałem przed dylematem, jak przydzielać ograniczone zasoby tak, aby zaspokoić potrzeby mieszkańców. Bycie prezydentem w tamtych czasach to była nieustanna walka o to, aby miasto funkcjonowało, nawet gdy cały system zdawał się rozpadać.
W latach 80. kryzys mieszkaniowy był ogromnym problemem…
W latach 70. Warszawa dynamicznie się rozwijała – budowaliśmy około 20-22 tysiące mieszkań rocznie. Jednak kryzys z 1980 roku drastycznie zmniejszył tę liczbę. Byłem zdeterminowany, aby przywrócić tempo i zwiększyć produkcję do 10-11 tysięcy mieszkań rocznie. Wiedziałem, że mieszkania to nie tylko kwestia infrastruktury, ale i godności mieszkańców. Bez odpowiedniej przestrzeni do życia, nie ma mowy o rozwijającym się społeczeństwie. To była walka z czasem i ograniczonymi zasobami, ale priorytetem było, by nikt nie został bez dachu nad głową.
Prezydent m.st. Warszawy Jerzy Bolesławski (1986)
Zdj. PAP Grzegorz Rogiński
Sieć ciepłownicza również była jednym z kluczowych elementów zarządzania miastem. Jakie kroki Pan podjął w tej kwestii?
Sieć ciepłownicza była w dramatycznym stanie – 800 km z 1300 km rurociągów wymagało natychmiastowej wymiany. Zima 1986-1987 była szczególnie trudna, temperatura spadła nawet do -31°C, a system był na skraju załamania. To była operacja na żywym organizmie miasta – rurociągi pękały, a my musieliśmy działać szybko, aby nie dopuścić do awarii na szeroką skalę. W takiej sytuacji konieczne było podejmowanie decyzji dynamicznie, ale z rozwagą, by zapewnić mieszkańcom dostęp do ogrzewania nawet w najbardziej ekstremalnych warunkach. Katastrofy udało się uniknąć dzięki sprawnemu działaniu i współpracy wszystkich zaangażowanych służb.
Panie prezydencie, jak to się stało, że Warszawa, mimo ograniczeń PRL-u, tak aktywnie uczestniczyła w polityce międzynarodowej?
Uważałem, że Warszawa powinna być obecna na arenie międzynarodowej. Byliśmy miastem, które musiało pokazać, że potrafi dążyć do pokoju i współpracy. Dlatego zainicjowałem „Apel Pokoju”, który przyniósł nam „Medal Międzynarodowego Roku Pokoju” od ONZ. To była nie tylko symboliczna, ale i realna nagroda za wysiłki na rzecz międzynarodowej współpracy. Podpisanie umów partnerskich z takimi miastami jak Toronto czy Düsseldorf miało na celu wzmocnienie więzi i otwarcie Warszawy na świat. Chciałem, aby nasze miasto było nowoczesne i otwarte, gotowe na przyjęcie nowych technologii i idei. Rozmowy z przedstawicielami Sztokholmu na temat nowoczesnych zakładów utylizacji odpadów były przykładem działań, które podejmowaliśmy wówczas.
Infrastruktura miasta uległa znacznym zmianom podczas Pańskiej kadencji. Co udało się zrealizować?
Przede wszystkim zakończenie budowy Trasy Łazienkowskiej na odcinku od Pomnika Lotnika do Alej Jerozolimskich. Mieszkańcy domagali się poprawy komunikacji i rozwiązania problemu korków. Podobnie rozbudowa lotniska Okęcie o nowy terminal była strategicznym posunięciem, które otworzyło Warszawę na międzynarodowe połączenia. Inicjatywy takie jak Bank Inicjatyw Społecznych były próbą zaangażowania mieszkańców w rozwój miasta. Chciałem, aby ludzie czuli, że mają wpływ na swoje otoczenie i to się udało w dużym stopniu.
Pomnik Bohaterów Powstania Warszawskiego w Warszawie
Czy myślał Pan o tym, by wzmocnić pamięć historyczną miasta?
To było dla mnie ważne. Budowa Pomnika Bohaterów Powstania Warszawskiego była symbolicznym aktem upamiętnienia tych, którzy oddali życie za stolicę. To nie tylko pomnik, ale też miejsce refleksji nad historią i tożsamością miasta. Jego odsłonięcie w 1989 roku było jednym z ważniejszych momentów mojej prezydentury.
Jak z perspektywy czasu ocenia Pan życie kulturalne Warszawy w tamtym okresie?
Życie kulturalne w Warszawie tamtych lat było bogate i różnorodne. Studenci mieli swoje kluby i kabarety, takie jak Stodoła, Hybrydy czy klub Remont przy Politechnice. To był czas twista, muzyki jazzowej – saksofony, trąbki były wszechobecne. Miałem wówczas okazję częściej uczestniczyć w życiu teatralnym miasta. Warszawa tamtych lat to prawdziwy teatralny raj – znakomite spektakle, reżyserzy, aktorzy, którzy dziś są legendami.
Co roku w grudniu odbywały się Warszawskie Spotkania Teatralne, na które zjeżdżały teatry z całej Polski. Przez dwa, trzy tygodnie mogliśmy oglądać najciekawsze przedstawienia z różnych części kraju. To była prawdziwa uczta dla miłośników teatru, w której uczestniczyli ludzie kultury, nauki i sztuki. Te spotkania przyciągały tłumy i stały się jednym z najważniejszych wydarzeń kulturalnych w Warszawie. Czuło się, że miasto tętniło życiem teatralnym i artystycznym na najwyższym poziomie.
Kogo ze znanych i cenionych osób miał Pan okazję poznać na swojej drodze zawodowej i prywatnej?
Spotkałem wiele znanych osób. Pierwszym, który przychodzi mi na myśl, jest Stanisław Tym. Nasza znajomość zaczęła się jeszcze przed tym, jak zostałem prezydentem Warszawy. Graliśmy razem w koszykówkę i siatkówkę w Sali gimnastycznej, w szkole Rejtana. Później, gdy pełniłem już funkcję prezydenta, Tym odwiedzał mnie w urzędzie. Utrzymywaliśmy wtedy sporadyczne kontakty, choć nasza znajomość była już wtedy ugruntowana.
Innym interesującym człowiekiem, którego miałem zaszczyt poznać, był Janusz Krasiński, znany pisarz i dramatopisarz. Jego życie było pełne dramatycznych wydarzeń. Uczestniczył w Powstaniu Warszawskim, a po jego upadku trafił do Pruszkowa, skąd został wywieziony do Niemiec. Po wojnie wrócił do Polski w 1947 roku, ale wkrótce został aresztowany i oskarżony o szpiegostwo. Spędził wiele lat w więzieniu, między innymi z Władysławem Bartoszewskim i Kazimierzem Pużakiem na Mokotowie. Te doświadczenia miały na niego ogromny wpływ, zarówno osobiście, jak i zawodowo.
W latach 70. Krasiński napisał kilka znaczących utworów, takich jak „Czapa” i „Wózek,” które opisywały więzienne i obozowe realia. Stworzył także scenariusz do filmu „Zapamiętaj imię swoje”. Nasza znajomość pogłębiła się, gdy wspierałem Związek Literatów Polskich, którego był wiceprezesem, w kwestiach związanych z siedzibą Związku na Krakowskim Przedmieściu. Nasze kontakty utrzymały się do lat 90., gdy mieszkaliśmy w tym samym bloku na Ochocie. Spotykaliśmy się prywatnie, a on często czytał mi swoje nowe prace, choć muszę przyznać, że żadnej z moich uwag nigdy nie przyjął – jak to bywa u pisarzy.
Z kim jeszcze z ludzi kultury miał Pan okazję współpracować?
Wspominałem już o kilku, ale ważną postacią był Zygmunt Hübner, dyrektor Teatru Powszechnego. Był człowiekiem niezwykłej charyzmy, z ogromnym wewnętrznym spokojem, a jednocześnie determinacją. Zawsze przychodził do mnie w sprawach związanych z teatrem, a ja starałem się pomóc, jak tylko mogłem. Bardzo go szanowałem. Spotkałem się również z Janem Machulskim, gdy prowadził Teatr Ochota.
Poznałem także Stanisława Mikulskiego, znanego szerzej jako Hans Kloss. Z dyrektorami teatrów, takimi jak Andrzej Krasicki z Teatru Polskiego i później Narodowego, również miałem okazję współpracować. Zetknąłem się także z generałem Mirosławem Hermaszewskim, pierwszym Polakiem w kosmosie oraz z Szymonem Szurmiejem, dyrektorem Teatru Żydowskiego, z którym się zaprzyjaźniłem. Szurmiej to postać wyjątkowa – ciepły, serdeczny człowiek, ale zarazem choleryk. Nasza znajomość przetrwała do końca jego życia, a często gościłem w jego teatrze, zarówno na spektaklach, jak i prywatnych spotkaniach.
Jedną z bardziej interesujących postaci, którą poznałem dzięki Szurmiejowi, był profesor Zbigniew Religa. Spotykaliśmy się od czasu do czasu, a nasze rozmowy nie były pozbawione towarzyskiego aspektu. Pamiętam też Jerzego Hoffmana, reżysera, który także często wpadał na takie spotkania. Byli to ludzie nie tylko związani ze środowiskiem żydowskim, ale szeroko pojętą kulturą.
Miałem okazję spotykać także Eryka Lipińskiego – niezwykle charyzmatyczną postać, człowiek z ogromnym poczuciem humoru, mistrz karykatury i twórca Muzeum Karykatury. Nasze rozmowy były pełne anegdot, bo Lipiński miał dar opowiadania i potrafił w kilku celnych słowach uchwycić absurd rzeczywistości.
Wspominał Pan o kontaktach z Jerzym Waldorffem. Czy mógłby Pan powiedzieć więcej na ten temat?
Jerzy Waldorff był nie tylko wybitnym krytykiem muzycznym, ale także osobą o znaczącym wpływie na środowisko kulturalne Warszawy. Był częstym gościem w ratuszu, gdzie zabiegał o różne inicjatywy, szczególnie te związane z Powązkami i środowiskiem muzycznym. To z jego inicjatywy udało się zlokalizować Bibliotekę Muzyczną na ulicy Niecałej, w odnowionych lokalach, które przed wojną należały do jednego z banków. Waldorff miał także ogromny wpływ na odbudowę pierzei Placu Teatralnego, gdzie wcześniej znajdował się Kościół i Pałac Jabłonowskich. Z jego inicjatywy powołałem zespół, który przygotował całą koncepcję odbudowy, a projekt został zrealizowany, choć już po moim odejściu.
Wspomniał Pan także o spotkaniach z Agatonem, legendarnym żołnierzem AK. Jak wyglądały Pańskie kontakty z tą postacią?
Tak, „Agaton” to wyjątkowa postać. Był spadochroniarzem, cichociemnym, uczestnikiem Powstania Warszawskiego, a po wojnie zaangażował się w odbudowę miasta. Zajmował się między innymi tworzeniem dokumentacji architektonicznej, która miała służyć jako zapis stanu miasta na wypadek zniszczeń. Był inżynierem architektem, pracował przy budowie Trasy WZ i tunelu WZ, które miały ogromne znaczenie dla powojennej Warszawy. Moja współpraca z nim dotyczyła przygotowań do budowy pomnika Bohaterów Powstania Warszawskiego, który miał stanąć vis-à-vis Pałacu Krasińskich. Jego zdanie na temat projektu było dość krytyczne – uważał, że forma pomnika jest zbyt monumentalna, a przedstawienie dramatycznych scen nie odpowiadało jego estetyce. Niemniej jednak wspólnie z projektantem, rzeźbiarzem Wincentym Kućmą, kontynuowaliśmy prace, a sam pomnik został odsłonięty 1 sierpnia 1989 roku, w 45. rocznicę wybuchu Powstania.
Czy były jakieś spory dotyczące nazwy tego pomnika?
Owszem, były kontrowersje. Część społeczeństwa chciała, by był to po prostu „Pomnik Powstania Warszawskiego”. Inni, sceptycznie nastawieni do samej idei powstania, optowali za nazwą „Pomnik Ofiar Powstania Warszawskiego”, by upamiętnić przede wszystkim cierpienie i straty, jakie ponieśli warszawiacy. Uważali, że sam akt wywołania powstania był decyzją problematyczną, delikatnie mówiąc, i że powinno się upamiętnić ludzi, którzy ponieśli największe ofiary, nie tylko ideę. W końcu stanęło na nazwie „Pomnik Bohaterów Powstania Warszawskiego”.
Jak wyglądały Pańskie relacje z mieszkańcami Warszawy? Czy często zgłaszali się do Pana ze swoimi problemami?
To były bardzo trudne spotkania, które do dziś mocno tkwią w mojej pamięci. Raz w miesiącu organizowaliśmy tak zwane „skargi i zażalenia”, podczas których przyjmowałem mieszkańców zgłaszających swoje problemy. Były to sprawy często dramatyczne, a niestety, w wielu przypadkach możliwości pomocy były ograniczone. Frustracja i poczucie bezradności narastały, gdy po kolejnym spotkaniu pozostawało wrażenie, że nie udało się realnie pomóc tym, którzy najbardziej tego potrzebowali. Mimo to staraliśmy się robić, co w naszej mocy.
W 1986 roku, podczas dość ponurej zimy, zdecydowaliśmy o przywróceniu bożonarodzeniowego oświetlenia na Trakcie Królewskim. Był to mały gest, ale dał mieszkańcom trochę radości w tych trudnych czasach. Nie wszystkim się to jednak podobało. Otrzymałem list od emerytowanego wojskowego, który oskarżał mnie o marnowanie publicznych środków, argumentując, że lepiej byłoby przeznaczyć te fundusze na oświetlenie mieszkań. Ciekawostką jest, że generał Jaruzelski, do którego list również trafił, wyraził zadowolenie z naszej inicjatywy, uznając ją za pozytywny krok.
A jak dowiedział się Pan o wprowadzeniu stanu wojennego?
Trochę zabawnie. Tego dnia umówiłem się z sąsiadem na poranny jogging na Skrę. Obudziłem się, poszedłem do jego mieszkania, ale jego żona powiedziała, że pojechał do pracy. Wróciłem do domu, włączyłem telewizor i zobaczyłem generała Jaruzelskiego, ogłaszającego wprowadzenie stanu wojennego. Niedługo później pojawił się u mnie kolega z pracy, którego wysłano po mnie, bo telefony już nie działały.
Czy to było zaskoczenie?
Stan wojenny zaskoczył nie tylko opozycję, ale i wielu ludzi z mojego otoczenia. Decyzja była trzymana w najściślejszej tajemnicy.
Symboliczne pożegnanie z PRL
1989
Skoro już wspominamy ten czas, nie sposób nie zapytać o pomnik Feliksa Dzierżyńskiego. Jak wyglądała decyzja o jego demontażu?
To rzeczywiście ważny epizod. Decyzję podjąłem jesienią 1989 roku. Pretekstem do jej uzasadnienia były planowane prace przy budowie metra. Wydawało się, że pomnik wykonany jest ze spiżu, a okazało się, że to beton połączony stalowymi prętami. W czasie rozbiórki pomnik rozpadł się, a ludzie zgromadzeni wokół zbierali kawałki pomnika na pamiątkę. To było symboliczne zamknięcie pewnego rozdziału w historii miasta i nie tylko miasta.
Metro było jednym z kluczowych projektów tamtych lat. Jak przebiegało jego planowanie i realizacja? Z jakimi wyzwaniami się mierzyliście?
Za moich czasów prezydentury Warszawy oczywiście planowana była nie tylko pierwsza nitka metra – druga również znajdowała się już w planach. To nie była żadna nowoczesna koncepcja, a wręcz przeciwnie – budowa metra była rozważana jeszcze przez władze przedwojennej Warszawy. To pokazuje, że pomysł ten miał długą historię i nie pojawił się nagle w ostatnich latach.
Oglądałem plany, chodziłem na spotkania sztabu budowy metra. Byłem zaangażowany w ten projekt i śledziłem jego postępy.
Jeśli chodzi o reakcje mieszkańców, to trzeba powiedzieć jasno – ludzie byli zadowoleni. Nie było protestów przeciwko samej idei metra, nikt nie sprzeciwiał się, że na ich terenie coś się dzieje. W tamtym czasie nie mieliśmy jeszcze doświadczeń z wielkimi budowami podziemnymi, więc panowało raczej pełne zaufanie, że wszystko zostanie przeprowadzone w sposób właściwy.
Poza tym, jeśli spojrzymy na trasę pierwszej linii metra, czyli od Kabat do Młocin, to w zasadzie nie pamiętam, by pojawiły się jakieś osuwiska czy zagrożenia dla budynków. Większa część tej trasy biegła przez tereny, które nie były gęsto zabudowane. Oczywiście, centrum to już inna historia, tam sytuacja była bardziej skomplikowana, ale generalnie budowa przebiegała sprawnie.
To była duża inwestycja, ale mieszkańcy Warszawy przyjęli ją pozytywnie, bo wszyscy wiedzieli, że metro odmieni komunikację w mieście.
Przy realizacji projektu metro było współtworzone przez miasto, które ściśle współpracowało ze wszystkimi służbami. Udział miasta w budowie był bardzo istotny, choć oczywiście trudno to porównywać do obecnych czasów. Pierwszy odcinek metra został oddany do użytku już po moim ustąpieniu z urzędu, ale stało się to zaledwie rok po zakończeniu mojej kadencji, więc można powiedzieć, że miasto wniosło w ten projekt swoją cegiełkę.
Wiele budynków w Warszawie ma swoją historię, ale losy „Złotego Wieżowca” brzmią niemal jak gotowy scenariusz filmu. Czy pamięta Pan moment, kiedy udało się wreszcie ruszyć ten projekt z miejsca?
Na początku lat 70., kiedy w Warszawie zaczęły powstawać pierwsze wysokościowce, ruszyła także budowa słynnego „Złotego Wieżowca” – bo tak nazywano go w pierwotnych planach. Wzniesiono jego szkielet, ale prace po raz pierwszy wstrzymano. Po przeprojektowaniu ustalono, że maksymalna wysokość budynku wyniesie 120 metrów. Wydawało się, że sprawy idą w dobrym kierunku, zamontowano nawet charakterystyczną złotą elewację. Jednak wkrótce później budowa ponownie została wstrzymana.
Krążyły wtedy pogłoski, że to wynik klątwy nałożonej przez rabinów jeszcze w czasach wojny, kiedy naziści wyburzyli stojącą tam wcześniej Wielką Synagogę. Według
„Złoty Wieżowiec”, Warszawa
legendy działka miała być „przeklęta”, co sprawiało, że ukończenie budynku miało być wyjątkowo trudne. Choć opowieści te pobudzały wyobraźnię mieszkańców, rzeczywisty powód przerwania budowy był prozaiczny – brakowało funduszy na dokończenie inwestycji. Wykorzystaliśmy jednak pozytywne nastawienie rządu oraz wsparcie naszego wicepremiera Szałajdy, a także fakt, że Jugosławia miała wobec Polski dług.
W wyniku rozmów ustalono, że w ramach spłaty zobowiązań Jugosłowianie dokończą budowę tego wieżowca. Szczęśliwie, udało się to zrealizować jeszcze przed ostatecznym rozpadem Jugosławii. Dług Jugosławii wobec Polski został przekształcony w formę współpracy.
Choć trzeba tu jeszcze dodać uzupełnienie: w tle działań dotyczących finansowania i organizacji procesu budowy odbywaliśmy rozmowy ze środowiskami żydowskimi. M.in. gościliśmy w Warszawie grupę rabinów Nowego Jorku, w rezultacie trzy piętra wieżowca przekazano Gminie Wyznaniowej Żydowskiej, na elewacji budynku umieszczono tablicę upamiętniającą Wielką Synagogę. Tym sposobem usunięto przyczynę legendarnej „klątwy rabina”, która miała zaciążyć nad budową „Złotego Wieżowca”. I tak właśnie ta historia się zakończyła.
Co przyniosło Panu największą satysfakcję podczas pełnienia funkcji prezydenta Warszawy?
Myślę, że jednym z ważniejszych przedsięwzięć było dokończenie Trasy Łazienkowskiej od pomnika Lotnika do Dworca Zachodniego. Wcześniej na pomniku Lotnika kończyła się aleja Żwirki i Wigury, a ulica Raszyńska była jednojezdniowa, wąska, co powodowało ogromne korki. Plan przewidywał stworzenie połączenia od lotniska Okęcie przez centrum miasta aż na Pragę, ale wcześniej tego odcinka po prostu nie było. Dzięki realizacji tego projektu udało się połączyć fragmenty miasta w spójny układ komunikacyjny.
Innym ważnym przedsięwzięciem była renowacja rynku Starego Miasta, które oddano do użytku w 1953 roku. Te kolorowe kamieniczki, fasady, sztukaterie – wszystko to zaczynało się niszczyć, tracić dawny blask. W związku z tym podjąłem decyzję o gruntownym remoncie i odświeżeniu całego Starego Miasta. Była to ogromna praca wymagająca precyzji, bo chodziło o detale – freski, sztukaterie, zdobienia natynkowe. To wszystko wymagało pieczołowitego odtworzenia, by zachować autentyczność historyczną. Właśnie w tamtym czasie te prace zostały przeprowadzone. Odnowienie polichromii i przebudowa Muzeum Warszawy też należała to tego przedsięwzięcia.
Został także wybudowany pomnik Umschlagplatz, przy ulicy Stawki, odsłonięty w kwietniu 1988 r. Stoi na terenie dawnego placu przeładunkowego, skąd w latach 1942–1943 Niemcy wywieźli ponad 300 tysięcy Żydów z warszawskiego getta.
Również Most Poniatowskiego, od przyczółków przy Muzeum Narodowym aż do Stadionu 10-lecia, wymagał gruntownej odnowy. Fragmenty, które biegną Arkadami do Wisły, trzeba było rozebrać i odbudować wg. współczesnych standardów.
Był to również czas ważnych zmian gospodarczych, gdy dzięki poluzowaniu przepisów przez ministra Wilczka rozwój inicjatyw prywatnych nabrał tempa. Na przykład IKEA otworzyła swoją pierwszą placówkę w Warszawie przy Alejach Jerozolimskich i Żelaznej.
Stare Miasto, Warszawa
Proszę powiedzieć coś więcej…
Tak, warto w ogóle powiedzieć coś więcej o wchodzeniu zagranicznych biznesów do Polski w tamtym okresie. Pod koniec lat 80., a właściwie u schyłku dekady, zaczęły pojawiać się różne inicjatywy i kontakty z zagranicznymi firmami. Często były one nawiązywane przez Polaków mieszkających na stałe na Zachodzie. W efekcie zaczęliśmy współpracować m.in. z koncernem Ikea ze Szwecji. Chcieli oni zainwestować w Warszawie – chodziło o budowę obiektów związanych z ich działalnością, czy to fabryki, czy sklepu. Kiedy uruchamia się taką sieć handlową, automatycznie tworzy się popyt na produkcję różnych elementów sprzedawanych w tej sieci. To oznaczało nowe miejsca pracy i rozwój lokalnego przemysłu. Jak już mówiłem, daliśmy im lokalizację w centrum Warszawy, na rogu Alei Jerozolimskich i Żelaznej. Do dziś stoi tam jednopiętrowy budynek, chyba niebieskawy, charakterystyczny dla szwedzkich obiektów. To właśnie tam uruchomiono pierwszą sprzedaż Ikei w Polsce. Był to jednak dopiero początek, ponieważ już wtedy trwały rozmowy na temat docelowej lokalizacji. Szwedzi od początku mieli wizję umiejscowienia swoich sklepów na obrzeżach miasta, co dla nas było pewnym zaskoczeniem – jak to, na granicach miasta? Ale taka była ich koncepcja, zresztą nie tylko ich. I tak właśnie zaczęła się ekspansja Ikei – najpierw w Jankach, a później w Markach. Tak wyglądały początki ich działalności w Polsce.
Zaczęły się również pojawiać firmy hotelarskie, takie jak Holiday Inn, Sobieski czy Mercury. Holiday Inn – to była inicjatywa Austriaków. To wszystko działo się jeszcze na tyle wcześnie, że otwarcie miało miejsce we wrześniu 1989 roku, jeszcze przed końcem mojego urzędowania. Austriacy byli dla nas ważnym partnerem. Nawiasem mówiąc, mieliśmy z nimi bardzo dobre kontakty, które utrzymali także po zmianie systemu. Pamiętam, że na przełomie 1989 i 1990 roku byłem razem z burmistrzem Wiednia, Helmutem Zilką, u pierwszego sekretarza KC, u Rakowskiego. Austriacy w tamtym czasie mocno interesowali się sytuacją w Polsce – chcieli wiedzieć, w jakim kierunku to wszystko zmierza i jakie będą dalsze zmiany.
Potem otwarcie hotelu Marriott jesienią 1989 roku. Później ten hotel szybko stał się, można powiedzieć, „pępkiem Europy i świata” w polskim rozumieniu. To właśnie tam zaczęły się odbywać kluczowe spotkania i wizyty różnych głów państw. To był dynamiczny okres dla miasta, w którym udało się zrealizować wiele ważnych inwestycji i wprowadzić nowe możliwości gospodarcze.
Prezydentura to nie tylko zarządzanie miastem, ale także ciekawe podróże i spotkania z ważnymi postaciami świata polityki. Czy podczas wizyt zagranicznych lub rozmów z ważnymi liderami zdarzyło się coś, co szczególnie Pana zaskoczyło?
W 1987 roku miałem okazję odwiedzić Pekin. Było to zaproszenie, które czekało na realizację od pewnego czasu, ale dopiero wtedy udało się je sfinalizować. Chiny znajdowały się wówczas w okresie zmian – po latach napięć i trudnych wydarzeń, jak masakra na placu Tiananmen, zaczynało się tam coś nowego. Dla mnie jako prezydenta Warszawy, interesujące było zobaczyć, jak zarządza się takim gigantycznym miastem.
Największym zaskoczeniem była dla mnie fabryka Jeepów w Pekinie. W tamtych czasach amerykańska marka w komunistycznych Chinach wydawała się czymś zupełnie nierealnym! O takich rzeczach się nie mówiło, nie pisało, a jednak – już wtedy Chiny potrafiły robić interesy z Zachodem, mimo oficjalnej ideologii.
Margaret Thatcher robi zakupy na straganie w Warszawie (1988)
Zdj. AP / Martin Cleaver
Z kolei spotkanie z Margaret Thatcher w 1988 roku miało zupełnie inny charakter. Była niezwykle pragmatyczna, a jej podejście do sytuacji w Polsce było bardzo konkretne – uważała, że jeśli ludzie chcą strajkować, to niech strajkują. Władze PRL liczyły na jej poparcie, ale zamiast tego jej wizyta dała nadzieję opozycji. Była to postać, która doskonale rozumiała polityczne realia i potrafiła z nich korzystać. A przy okazji wizyty w Polsce odwiedziła ze mną Halę Mirowską, gdzie kupiła jabłka, pomidory i duży słoik marynowanych prawdziwków.
Spotykał się Pan także z liderami zza oceanu. Czy rozmowy z amerykańskimi politykami i samorządowcami wyglądały inaczej niż te w Europie?
Wizyta wiceprezydenta USA George’a Busha (1987)
Zdj. PAP Maciej Musiał
Miałem okazję spotkać burmistrza Nowego Jorku, Eda Kocha. Siedział u nas w ratuszu kilka godzin, rozmawialiśmy o problemach miejskich. Szczególnie interesował go temat narkomanii. Kiedy powiedziałem, że w Warszawie to nie jest duży problem, po prostu mi nie uwierzył. Ale tak wtedy było w Warszawie.
Zupełnie inny charakter miała wizyta George’a Busha w 1987 roku, jeszcze jako wiceprezydenta USA. Była to wizyta sondażowa, bardziej kurtuazyjna, ale miała ogromne znaczenie, bo otwierała możliwość realnych kontaktów z Zachodem. Spotkanie było bardzo w amerykańskim stylu – otwarte, przyjazne, nastawione na nawiązywanie relacji.
Był Pan ostatnim prezydentem Warszawy w czasach PRL, a jednocześnie osobą, która wprowadzała miasto w nową rzeczywistość. Czy miał Pan poczucie, że działa Pan w momencie historycznej zmiany?
To była niewątpliwie wyjątkowa chwila w historii miasta i kraju. Wszyscy wiedzieliśmy, że zmiany są nieuniknione. Przełom lat 80. i 90. to czas ogromnych przemian, a Warszawa była w ich centrum. To, co wydawało się jeszcze kilka lat wcześniej niemożliwe, zaczynało się dziać na naszych oczach. Mój cel był jasny – przygotować miasto na te zmiany, zmodernizować jego infrastrukturę, wesprzeć rozwój gospodarczy, ale też stawić czoła codziennym wyzwaniom, takim jak zaopatrzenie czy budowa nowych mieszkań.
Choć byłem częścią ówczesnych struktur, czułem potrzebę działania na rzecz otwarcia miasta na nowe możliwości. Każdy dzień przynosił nowe wyzwania, a zadanie polegało na tym, aby Warszawa była gotowa na przyszłość, której nikt z nas jeszcze do końca nie znał. To był czas pełen niepewności, ale też ogromnej nadziei.
Dziękuję za rozmowę Panie prezydencie.
Ja również dziękuję.
Galeria zdjęć
Biogram
Jerzy Stanisław Bolesławski (ur. 25 lutego 1940) – działacz samorządowy i PZPR, w latach 1986–1990 prezydent miasta stołecznego Warszawy, ostatni prezydent stolicy w okresie PRL. Kierował miastem w czasie przełomowych przemian ustrojowych, odpowiadając za funkcjonowanie Warszawy w jednym z najtrudniejszych momentów jej powojennej historii.
Pochodzi z rodziny warszawskiej inteligencji. Syn Felicji i Stanisława Bolesławskiego, majora Korpusu Ochrony Pogranicza, który zginął podczas kampanii wrześniowej 1939 roku w okolicach Stanisławowa.
Absolwent Politechniki Warszawskiej. Karierę zawodową rozpoczął w Hucie Warszawa, gdzie zdobył doświadczenie w zarządzaniu zespołami i organizacji procesów przemysłowych. W kolejnych latach pełnił funkcje kierownicze w strukturach administracyjnych i partyjnych Warszawy, współtworząc zaplecze decyzyjne miasta.
Jako prezydent Warszawy podejmował decyzje o strategicznym znaczeniu dla infrastruktury stolicy. W okresie jego kadencji rozpoczęto budowę nowego odcinka Trasy Łazienkowskiej oraz rozbudowę lotniska Okęcie (tzw. Okęcie II). W 1987 roku zainicjował utworzenie Banku Inicjatyw Społecznych, wspierającego lokalne projekty remontowe i modernizacyjne.
Za jego prezydentury Warszawa została wyróżniona Medalem Międzynarodowego Roku Pokoju ONZ, a w 1989 roku podpisano pierwsze umowy partnerskie z miastami i regionami zagranicznymi, otwierając stolicę na trwałą współpracę międzynarodową. Podjęto również decyzję o budowie pomnika Bohaterów Powstania Warszawskiego, odsłoniętego 1 sierpnia 1989 roku.
Odznaczony m.in. Złotym i Brązowym Krzyżem Zasługi oraz medalami „Za zasługi dla obronności kraju”.
Życie prywatne
Z żoną Ireną mieszka w warszawskim Wilanowie. Ich synem jest Michał Bolesławski. Interesuje się historią i lotnictwem. Warszawa zajmuje w jego życiu szczególne miejsce – to miasto, z którym jest związany zarówno rodzinnie, jak i zawodowo, a które dziś odkrywa na nowo podczas regularnych spacerów.
Zobacz więcej: Jerzy Bolesławski – Wikipedia, wolna encyklopedia